3 kroki do motywacji – krok 1.

Na temat motywacji napisano już tyle, że trudno jest napisać coś wyjątkowo oryginalnego, o czymś odkrywczym nie wspominając. Sama ilość definicji pojęcia „motywacja” pokazuje jak fascynujący i (wciąż) nie do końca odkryty jest to temat. Bardzo często słyszę to słowo, w różnych kontekstach. Za każdym naszym zachowaniem, krokiem kryje się motywacja…. Czyli bodziec/zespół bodźców, które powodują, że podejmujemy określone działania. Od lat sztab badaczy, psychologów, szefów podejmuje próby znalezienia sposobów na wpływanie na motywacje jednostki, grupy.

Motywacja jest też kluczem do postępu i rozwoju osobistego – tylko jak sprawić „żeby nam się chciało, tak jak nam się nie chce”?….

Podstawową kwestią jest to, że „wszystko zaczyna się w głowie”. Co to znaczy? Najogólniej rzecz ujmując – chodzi o to jak myślimy o zadaniu, które mamy wykonać, jakie towarzyszą temu emocje, jakie widzimy korzyści z wykonania zadania,  jakie dialogi wewnętrzne prowadzimy. Bardzo często słyszę: „muszę to zrobić” – mało prawdopodobne, ze podejdziemy z entuzjazmem do realizacji zadania, które „musimy” zrobić…, pojawia się naturalny opór przed nakazem. Ten opór może być potęgowany przez podświadome obawy przed konsekwencjami nie wykonania zadania – skoro „muszę” coś zrobić to prawdopodobnie czeka mnie „kara” jeśli tego nie zrobię.

Może zatem warto zmienić sposób myślenia o zadaniu z „muszę” na „chcę”. Już tak mała zmiana powoduje zmianę w naszym patrzeniu na zadanie, zmienia się ładunek emocjonalny.

Co brzmi lepiej:

„chcę zmienić pracę” czy „muszę zmienić pracę”?

„chcę rzucić palenie” czy „muszę rzucić palenie”?

Oczywiście to dopiero początek do wzbudzania w sobie odpowiedniej dawki motywacji, aby ruszyć z miejsca.

Po pierwsze – CEL: nasze zadanie do wykonania, to po prostu cel jaki mamy do osiągnięcia. Warto sobie stawiać cele. Przeczytałam gdzieś, że „osoby, które nie stawiają sobie celów życiowych, są jak rozbitkowie w tratwie, na bezkresnym oceanie…. płyną z prądem, nie wiedząc dokąd…” Zgadzam się z tym stwierdzeniem. Zdecydowanie lepiej czułabym się jako kapitan łodzi płynącej w określone miejsce, zgodnie z wytyczoną trasą.

Pytanie brzmi – czy wiemy dokąd płyniemy? Często słyszę odpowiedź „tak”, jednak nie zawsze jest to prawda. Zdarza się, że wiele czasu i energii poświęcamy na realizację wymarzonego celu, a gdy go osiągamy nie czujemy zadowolenia – czasem ulgę, że się udało, ale nie ma tam radości, spełnienia. Warto poświęcić chwilę czasu na zastanowienie się nad tym.

Pomyśl o celu i zadaj sobie pytanie:

– dlaczego to jest dla mnie ważne?

– czy jest coś, co wolałabym/wolałbym zamiast tego?

– co się stanie jeśli nie zrealizuję celu?

– czy jestem w stanie zrealizować ten cel samodzielnie?

– czy będzie potrzebna czyjaś pomoc? Jeśli tak, to

– kto może mi pomóc?

Wyobraź sobie moment, w którym zrealizowałaś/zrealizowałeś cel:

– jak się czujesz, jakie emocje temu towarzyszą?

– jak realizacja celu wpłynęła na Twoje otoczenie?

– co konkretnie zmieniło się w Twoim życiu?

Dlaczego to jest takie ważne? Otoczenie w jakim funkcjonujemy ma bardzo duży wpływ na nasze zachowania, na nasz styl życia, na nasze patrzenie na świat, a czasem na nasze dążenia. Dla osób pracujących w dużych korporacjach, bardzo często, szybki awans, osiągnięcie wysokiego stanowiska i związanych z tym przywilejów, jest wyznacznikiem odpowiedniego statusu społecznego. Staje się celem, który „musi być osiągnięty”. Takie osoby poświęcają sporo energii i czasu na zdobywanie uznania przełożonych, aby osiągnąć wymarzone stanowisko. Zdarza się, że kiedy już osiągną wymarzony cel, okazuje się, ze nie czują satysfakcji, a wręcz przeciwnie – nadmiar nowych obowiązków powoduje frustrację.

Podobnie bywa z dziećmi lekarzy, prawników, itp. gdzie swego rodzaju „tradycją rodzinną” jest uprawianie określonego zawodu. Wszystko w porządku, jeśli rzeczywiście dzieci mają predyspozycje i chęć kontynuowania rodzinnych tradycji, nie zawsze jednak tak jest. Znam przypadek młodego człowieka, który 3 razy przechodził egzaminy na studia medyczne, bo od dziecka było postanowione, że będzie lekarzem. Teoretycznie też tego chciał, to było „jego marzenie”, z jakichś powodów jednak nie był w stanie zrealizować tego celu. Po trzeciej, nieudanej próbie i zweryfikowaniu celu odkrył, że – tak naprawdę – nigdy nie chciał być lekarzem…. Ostatecznie, odkrył swoje powołanie i……… został architektem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *